MENU






Zapiski księdza

Środa, 31 grudnia 2008

Moje myśli krążą wokół potrzeby uzdrowienia. Znakiem przyzwolenia na uzdrowienie, jest zgoda na prowadzenie przez innych. Kiedy nie ma w nas zależności, trudno o miłość. Zależność jest wyrazem naszej troski o drugiego, a nawet powierzeniem własnego życia w ręce innej osoby. Jedynie w głębokiej zależności, która jest miłością, można kształtować człowieka: ucząc go patrzeć, mówić, odczuwać, rozumieć, myśleć, płakać, cieszyć się.

Brak zależności uniemożliwia mądre stawianie kroków, pójście drogą prawdy i pokory. Sami nie chcemy iść w określone miejsca, wchodzić w przeżycia dla nas bolesne. Zgoda na prowadzenie jest równocześnie akceptacją do pójścia tam, gdzie sami byśmy nie poszli z własnej woli. Wyciągnięcie rąk przed siebie oznacza podporządkowanie się, uległość. Stając się uległymi możemy zostać uzdrowionymi. Kiedy wybieramy to, co uważamy za korzystne dla nas, wchodzimy w zależność od własnych pomysłów na życie. Będąc posłuszni Bogu, wybieramy rzeczywistość, którą On wskazuje, stajemy się zależnymi od Jego Słowa.

Trzeba pozwolić, aby Bóg poprowadził nas tam, gdzie pójść nie chcemy, przyjąć rozwiązania, które uznajemy za tracenie czasu i życia. Droga, którą Jezus nas prowadzi nie jest drogą prowadzącą do góry, w którą nasz świat tak wiele zainwestował, lecz drogą prowadzącą w dół, kończącą się na krzyżu. W krzyżu znajdujemy pokój i radość, których świat dać nie może.

Wtorek, 30 grudnia 2008

Doświadczamy porażek, ponieważ idziemy sami, walczymy sami, opieramy się na sobie. Zarówno zwycięstwa jak i porażki przeżywamy jako osobiste sukcesy, ale i nasze klęski. Życie dzielone z Chrystusem sprawia, że nasza porażka jest przeżywana z Nim, dzielona z Nim, omawiana wspólnie z Nim. Nasze zwycięstwo jest również dzielone. Stąd radość jest szczególna. Po pierwsze dlatego, że mogę cieszyć się określonym zwycięstwem, po drugie, dzielę ją z kimś, o którym wiem, że mnie kocha.

Porażka daje szansę poznania własnych granic i możliwości. Uświadamia, że nie jesteśmy bogami, lecz grzesznymi ludźmi. Ponadto, nie zostaliśmy stworzeni, aby iść przez ziemię w pojedynkę, lecz razem z naszym Panem. Wśród porażek dokonuje się nasze dorastanie do zrozumienia siebie i Boga. Czyż w porażce nie znajdujemy szczególnej mobilizacji do własnego rozwoju? To one pozwalają zobaczyć siebie i słabe strony naszej osobowości. Słabość nie jest rzeczywistością godną pogardy, lecz najwyższego szacunku. W taki sposób ją traktując dajemy Bogu możliwość dokonania w nas przemiany. Słabość jest częścią naszego życia, aby mogła objawić się moc, mądrość i miłość Boga. Kiedy odnosimy się do samych siebie z wielką nieufnością, nasza słabość nie jest przemieniona, lecz powiększa swoją rażącą moc oddziaływania.

Porażki nie muszą być traktowane, jako klęska. Nie wskazują one na naszą bezwartościowość, lecz brak skupienia się na tym, co naprawdę ważne. Umiejscawiają nas one w ciemności choćby, dlatego, że nie mamy odpowiedniego dystansu zarówno do naszych osiągnięć jak i klęsk. Przebija się przez nasze zagubienie wewnętrzne myśl, że moglibyśmy przestać być panami samych siebie. Skupiamy się na niepokojącym odczuciu, jak długo trzeba będzie żyć w takim stanie ducha. Tymczasem nie jest ważne ani to, jak długo, ani też, dlaczego mnie to spotkało. Konieczne wydaje się przyzwolenie na prowadzenie. Niewolą naszą jest niedopuszczanie Boga do przewodzenia nam. Prędzej czy później Bóg może oczekiwać od nas tego, czego nie jesteśmy w stanie uczynić sami, lecz On może w nas i z nami. Porażka, przez którą przyszło nam przejść, jest wyraźnym znakiem wskazującym na niewidzenie tego, co dostrzec może człowiek prowadzony przez Pana. Skoro Bóg wprowadza nas w doświadczenie porażki, to jest ono na ten czas, na „tu i teraz” ważniejsze, niż jakiekolwiek spektakularne zwycięstwo.

Dojrzewamy w wierze i miłości przez małe i wielkie zwycięstwa, oraz małe i większe porażki. Nie wiemy, komu możemy zaufać dopóki się nie pomylimy i nie odczujemy ogarniającej nas fali nieprzyjemnego rozczarowania. Nasze poznanie sercem często nas zawodzi. Nie mamy orientacji, dopóki nie przejdziemy przez szkołę rozczarowań, klęsk, braku lojalności, niedotrzymania słowa, nie zachowania tajemnicy. Wyprowadzamy wnioski, uczymy się słuchać, myśleć i patrzeć, uczymy się kontemplować Boga, prosimy o kierownictwo duchowe. To szczególna droga do odzyskiwania zaufania.

Poniedziałek, 29 grudnia 2008

Symeon i Anna widzą razem, rozumieją razem, radują się razem. Co to jest wspólnota? To ludzie, którzy razem uczą się wierzyć Bogu, razem się cieszą, razem tworzą, sprzeczają się i godzą, lecz nie trwają z uporze, w nie przebaczeniu.

Maryja doświadczy tego, co jest dwubiegunowością życia człowieka: radości i cierpienia, pocieszenia i bólu. To wszystko przygotował dla Matki Syn, który się narodzi. Maryi nie czeka beztroska przyszłość. Cieszy się narodzinami Syna, ale jest w tej radości ból, że dla Niego, nie było miejsca, że musi uciekać, że będzie cierpiał, choć nic złego nie uczynił. Za radością, może nas czekać cierpienie. Ktoś nam przygotuje: radość i cierpienie. Ktoś się o to zatroszczy. Cierpimy, choć nic złego nie czynimy. Uciekamy przed kimś lub przed czymś, choć chcielibyśmy doznawać stabilizacji duchowej, moralnej i emocjonalnej. Chcemy spokoju, spokoju, spokoju, a tymczasem, niepokój, problemy, narastająca niechęć do innych we wspólnocie.

Maryja uświadomiła sobie, że nie czeka jej beztroska przyszłość, gdy spotkała starca Symeona w świątyni. W świątyni, na modlitwie, dając Bogu swoje życie możemy odkryć, że życie będzie dla nas trudne: życie ze sobą i z innymi.

Bóg wyzwala w nas radość, ale są i takie chwile, kiedy jest dla nas niezrozumiały, budzi w nas sprzeciw i domaga się od nas przemiany w bólu. Maryja kształtowana przez ból. Między innymi te środki, były u podstaw Jej formacji: modlitwa, radość, ból, ucieczka, brak miejsca na nocleg, wielkie ubóstwo, wielkie zawierzenie, nie rozumienie Syna, niepokój o Niego, gdy był poza domem, współcierpienie z Nim na Golgocie.

Symeon należy do tej kategorii ludzi, którzy w obliczu bliskiej śmierci potrafią z wdzięcznością patrzeć na minione życie. "Teraz, w Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju". Podobnie jak dla Symeona, tak również dla nas, Jezus jest pokojem i światłem, ale też mieczem i cierpieniem. Duszę Matki Bożej ma przeniknąć miecz. Maryja będzie uczestniczyć w Męce Syna. Jezus przynosi nie tylko zbawienie, ale i sąd. Dzięki Niemu wyjdą na jaw ludzkie zamysły. Stanie się widoczne, jak bardzo ludzie zamykają się na Boga.

Niedziela, 28 grudnia 2008

Maryja i Józef trzymają na rękach swoje szczęście – Jezusa. Mały, bezbronny, ufający. Taki jest przed człowiekiem: mały, bezbronny, ufający. Tego, którego trzymali, Tego oddają, aby Go na nowo otrzymać. To, co człowiek Bogu nie daje, nie przekazuje, tego i nie posiada w radości i pokoju.

Maryja poznaje, co czeka Jezusa, ale i co Ją spotka. Poznając drogę i życie naszego Pana, odkrywamy też swoją. Nawet wtedy, gdy czeka nas "miecz boleści" w sercu. Wtedy też jesteśmy z Panem.

"On przeznaczony na upadek /…/ Jemu sprzeciwiać się będą". W takim klimacie, w takim przeżywaniu naszego powołania i naszej wiary odnajdujemy swoje miejsce. Każdego dnia po cichu, bez rozgłosu czeka nas oddawanie, tracenie, świadome pozbawianie się czegoś co nasze, bliskie, kochane. Wtedy dopiero możemy iść dalej, możemy wzrastać w "łasce u Boga i u ludzi". Jesteśmy jak Maryja, która była podtrzymywana przez to wszystko, co zachowywała i rozważała w sercu. Rozważanie o boleści, patrząc na bezbronnego, ubogiego, małego Jezusa, staje się wówczas możliwe do podjęcia.

Sobota, 27 grudnia 2008

Świętość nie polega na bezbłędności, ale na absolutnym zaufaniu i zawierzeniu Bogu. Nie chodzi o to, by być coraz doskonalszym, a nie wzrastać przy tym w ufności. To bez znaczenia, czy masz wiele wad, wystarczy, że masz świadomość bezgranicznej, miłosiernej miłości Boga i w niej pokładasz nadzieję. Akcent jest więc skierowany nie na człowieka, ale na Boga. Świętość, to nie wymagania, lecz dar; to nie, że „muszę zrobić tak a tak”, lecz „trzeba bym liczył na Boga”.

Świętość jest owocem życia uwielbieniem. Każdy, kto miłuje Boga więcej niż siebie, staje się święty. Świętość jest przyjmowaniem miłości od Pana, jako On ma do przekazania osobiście dla mnie, uwierzeniem w nią, przyjmowaniem jej i życiem nią.

Aby zostać świętym, nie trzeba do tego specjalnych predyspozycji; ani silnej woli, ani dobrego charakteru, ani szczególnej odwagi. Nie chodzi tu o to, by być wielkim, lecz być małym; nie dorosłym, lecz dzieckiem; nie bogatym, ale ubogim.

Nie chodzi o to, czy „udało się”, ale o to, by umiłować słabość i małość, które wychodzą na jaw wśród niepowodzeń. To, co kiedyś stanowiło przeszkodę, staje się środkiem; co hamowało rozwój, staje się siłą napędową, jeżeli tylko w sposób właściwy będziemy z tego korzystać. Wystarczy zaakceptować swoją nędzę i z ufnością przedstawić ją Bogu, by wyzwolić Jego miłosierdzie.

Nie potrzeba nieprzeciętnej ascezy, by stać się świętym. Nie poprzez ćwiczenia pokutne i umartwienia człowiek staje się lepszy. Praktykowanie ćwiczeń pokutnych i siły potrzebne do tego, są sprawą względną. Zamiast ponosić ryzyko bycia „wielkim” na drodze ascezy cielesnej, chodzi o to, aby odrzucić własną wolę. Największe zaś rezultaty osiąga się rezygnując w życiu z tysięcy okazji do zaspokajania własnych zachcianek - odstąpić od swych praw, stanąć w cieniu, nie opierać się gdy bliźni coś nam odbiera, stać się najmniejszym ze wszystkich.

Zanim człowiek może stać się świętym, musi być przede wszystkim człowiekiem, ze swoimi brakami i słabościami. Świętość nie jest kwestią bycia mniej ludzkim, ale bardziej ludzkim niż inni. A to zakłada większą zdolność do troski, znoszenia bólu, wyrozumiałości, współczucia, a także humoru, radości, umiejętności docenienia dobra i piękna w życiu. Wobec tego, tzw. droga doskonałości, która po prostu niszczy lub pozbawia sensu ludzkie wartości właśnie dlatego, że są one ludzkie, a czyni to po to, by siebie oddzielić od reszty ludzi jako obiekt podziwu, musi pozostać tylko karykaturą. Takie karykaturowanie świętości jest grzechem przeciw wierze we Wcielenie. Dowodzi pogardy wobec ludzi, dla których Chrystus nie zawahał się umrzeć na krzyżu.

Surowa asceza, ustanowiona dla kontroli gwałtownych namiętności, może wyrządzić więcej szkody niż dobra, kiedy stosuje ją osoba, której uczucia nigdy w pełni nie dojrzały, a sfera instynktów życiowych cierpi z powodu słabości i nieładu.

Świętość zakłada nie tylko normalną ludzką inteligencję, odpowiednio rozwijaną i formowaną przez chrześcijańskie nauczanie, normalną wolę, wolność, wyćwiczoną w angażowaniu siebie i w składaniu ofiary z siebie, ale przede wszystkim zakłada zdrowie i uporządkowane ludzkie uczucia. Łaska buduje na naturze nie przez zduszenie instynktu, ale poprzez uleczenie go i wyniesienie na poziom duchowy. W życiu chrześcijanina zawsze musi się znaleźć miejsce dla zdrowej, instynktownej spontaniczności. Chrystus ukazywał się zawsze i we wszystkich sprawach, jako wrażliwy, pełen ciepła Bóg - Człowiek. Nie chodzi o surową i ostrą kontrolę swoich emocji, lecz pozwalając łasce, by formowała i rozwijała jego życie emocjonalne w służbie miłości. Jezus spytał faryzeuszów: „Jak możecie uwierzyć, skoro od siebie wzajemnie odbieracie chwałę?” Poszukiwanie cnót heroicznych po to, by uzyskać chwałę w oczach ludzi, jest w istocie rzeczy osłabianiem wiary.

Święty jest zdolny do miłowania drugich nawet w ich grzechach. To bowiem, co dostrzega we wszystkich sprawach i we wszystkich ludziach, pozostaje elementem, cząstką Bożego współczucia. W Kościele i w świecie, niekiedy przewagę zdobywa miłość efektywna, miłość osiągnięć i sukcesów. Potrzeba nam żyć takim przywiązaniem do Jezusa, które wyraża się w prostocie i radosnej miłości, na wzór Maryi.

Piątek, 26 grudnia 2008

Męczeństwo jest obumieraniem i oddawaniem życia; jest ono miłością, aż do zapomnienia o sobie, o tym – co z tego będę miał. Miłość jest pierwszym znakiem męczeństwa, oddawania życia, obumierania wewnętrznego. Wiąże się ona z odkryciem wielkiego sensu i wielkiej nadziei w służeniu Bogu. Służenie Bogu jest męczeństwem. Jest powołaniem do świadczenia o tym, że Jezus jest dla mnie ważniejszy od mojego życia. On stał się moim wszystkim.

Służba Jezusowi polega na mojej trosce i moim staraniu o to, aby On wzrastał tam, gdzie ja żyję. Służba Jezusowi i męczeństwo jest związane z moim umniejszaniem się tam.

Czwartek, 25 grudnia 2008

Chodzi tylko o to, by przyjąć Miłość, która się narodziła. Ma ona postać dziecka. Miłość ma postać człowieka, lecz także, a właściwie przede wszystkim ma postać Boga. Gdy nie ma miejsca na miłość, nie ma miejsca dla człowieka i Boga. Ci, którzy tak żyją, gospodą się stają. Takie skojarzenie pojawia się, że gdy nie ma we mnie miejsca dla człowieka, nie mam serca. Zawsze mam niepowtarzalną szansę stania się kimś innym. Jedynie miłość przemienia. Odkrywam serce, a tym samym jestem zdolny rozpoznać czas przychodzenia Boga nagle i niespodziewanie. We mnie przychodzi Bóg.

Środa, 24 grudnia 2008

Noc stała mi się szkołą, szczególnym miejscem poznawania siebie. To dlatego, że nie starałem się częściej być sam, samotność budzi mój wielki opór. To chwile nocy i samotności pozwoliły na odkrycie, że życie duchowe nie składa się z żadnych specjalnych myśli, idei czy uczuć, ale zawiera się w prostych, zwyczajnych, codziennych doświadczeniach. Są nimi również te doświadczenia które nazywam nocą: lęk, strach, niepewność, niezrozumienie, osamotnienie, samotność, gniew, żal, upór, zamknięcie się w sobie, nuda. A przecież bez samotności nie ma prawdziwych ludzi. Jeśli nie przeżyję tej nocy, jeśli ją odrzucę, to uniemożliwię tym samym narodzenie się Boga we mnie. Czyż nie boimy się tych, którzy uciekają od samotności, od przeżywania nocy, doświadczania tego co ich wypełnia? Niejedną noc trzeba przeżyć, aby tworzyć autentyczną wspólnotę z innymi. Po co jest ta noc? Żeby innym pozwolić zbliżyć się do siebie.


« poprzednia -   1  2  3  4   - następna »


Liczba wyświetleń strony: 8583 * Liczba gości online: 10 * Ostatnia aktualizacja: 2018-12-13
© 2002-2018 by ks. Józef Pierzchalski SAC